Dzień 2: Koza rabina
Gwithian – St Agnes – Perranporth – Indian Queens (55 km)
Wszyscy znacie szmonces o rabinie i kozie. A jak nie znacie, to poszukajcie. :)
Gdy wysłałem wczorajszą notkę i ruszałem, zaczęło mżyć. Za to wiatr się uspokoił. Nie całkiem ustał, ale z silnych porywów zrobiła się przyjemna, ledwo zauważalna bryza. I nie macie pojęcia, jak przyjemne jest robienie podjazdów, kiedy nie wieje! Jak miła jest jazda w deszczu! Aż się chce zawyć na całe gardło:
I’m riding in the rain
I’m cycling in the rain
What a glorious day…
I jak miło wreszcie się rozbijać na bezwietrzu, nie musząc ciągle przytrzymywać kawałków namiotu, żeby nie odleciały w siną dal. Tym razem z rozbijaniem poszło znacznie sprawniej, tak że nie wstydzę się pokazać rezultatu. Nadal nie wiem, co się robi z tropikiem w tym jednym miejscu, ale reszta naciągów rozpina go wystarczająco.
Pierwszy odcinek wczorajszej jazdy to było jeszcze ignorowanie tras z cyclelejog.com, ale w Perranporth dołączyłem i dalej pojechałem już po wyznaczonej trasie. Ona jest podzielona na 28 odcinków – to więcej niż mam dni, więc żeby trzymać się czasu, muszę robić mniej więcej cztery odcinki w trzy dni. Na razie jest dobrze. Pierwszego dnia pokonałem jeden i kawałek drugiego; wczoraj – resztę drugiego i większość trzeciego. Teraz kończę popas w Bodmin, gdzie zaczyna się czwarty odcinek, i na spokojnie powinienem dojechać dziś do końca; nawet napocząć piąty.











Jane donosi, że w Londynie właśnie zaczyna się fala upałów. Mam nadzieję, że mnie nie dopadnie. Zdecydowanie wolę taką pogodę (jakieś 19°C, głównie pochmurno, czasem słońce, czasem mżawka) od jazdy w trzydziestostopniowym upale w pełnym słońcu, która mi się przydarzyła w zeszłym roku, kiedy jechałem wzdłuż Łaby do Hamburga.


